Medialna nagonka Teraz można to ujawnić?

Zdjęcie autorstwa cottonbro z Pexels

Medialna nagonka, rozpętana przez świeckich i duchownych ormowców politycznej poprawności z powodu mego „antysemityzmu”, wzbudziła w szerokich kręgach społecznych odruchy solidarności, płynące również z uświadomienia sobie spustoszeń, do jakich w polskim społeczeństwie doszło w następstwie bagatelizowania systematycznej tresury podjętej przez zorganizowaną mniejszość, którą w pewnym, acz niezbyt dużym uproszczeniu, będę nazywał „środowiskiem »Gazety Wyborczej«”.

Tresura ta, nazywana „tolerancją”, ma na celu doprowadzenie polskiego społeczeństwa do stanu bezbronności w obliczu politycznych i ekonomicznych operacji, podejmowanych przez państwa trzecie w ich własnym interesie, kosztem polskich interesów państwowych. Tymczasem wskutek korupcji prowadzonej wśród podatnych na nią polskich elit, część ich przedstawicieli świadomie podjęła się roli obcych agentów, czyli przeszła na stronę wroga, inna część, najwyraźniej licząc na zachowanie osobistej pozycji nawet w zmienionych warunkach politycznych, nie tylko nie ośmiela przeciwstawić się agentom, ale również „potępia” każdego, kto się na to waży, Część społeczeństwa, zwłaszcza młodsza, myląc idealizm z naiwnością, uważa, że tak właśnie trzeba, że lekceważenie, a nawet zaprzeczanie istnieniu polskich interesów państwowych jest dowodem nowoczesności i „przynależności do Europy”, cokolwiek by to miało znaczyć. Wreszcie „milcząca większość”, której ormowcy politycznej poprawności zamierzają zaplombować wszelkie możliwości swobodnego wyrażenia własnej opinii.

Moja sprawa jest znakomitą ilustracją i celu owej „tolerancji”, i stanu społeczeństwa, do jakiego doszło wskutek bagatelizowania tej tresury. Kiedy przez Radio Maryja, rozgłośnię o wielomilionowym audytorium, przeciwstawiłem się kierowanym wobec Polski bezpodstawnym roszczeniom majątkowym o wielkiej wartości i poinformowałem o obietnicy złożonej przez premiera polskiego rządu, iż sprawa tych roszczeń zostanie załatwiona „jeszcze w tym roku”, ormowcy politycznej poprawności podnieśli niebywały klangor z powodu mego „antysemityzmu”. Podniesienie tego zarzutu dostarczało wygodnego pretekstu do ataku na Radio Maryja i stąd mobilizacja agentury zwerbowanej wśród duchowieństwa. Charakterystyczne jednak jest to, że chociaż żaden z moich oskarżycieli nie zarzucił mi kłamstwa, żaden też nie tylko nie odważył się zapytać pana premiera, co właściwie w sprawie żydowskich roszczeń obiecał załatwić „jeszcze w tym roku”, ale nawet o nich wspomnieć. A przecież spełnienie tych bezpodstawnych żądań oznaczałoby dla Polski ryzyko ekonomicznej katastrofy! Oto rezultat spustoszeń, do jakich doprowadziło bagatelizowanie tresury, oto stan bezbronności, do jakiego wskutek zdrady jednych, a tchórzostwa i naiwnej głupoty innych, zostało doprowadzone polskie społeczeństwo.

Tolerancja czy tresura?

Podczas nagrywania telewizyjnego programu poświęconego tolerancji zaproponowałem zdefiniowanie tego pojęcia. Przypomniałem, że zgodnie z łacińskim źródłosłowem (cuius est cognere eius est tolere – kto ma władzę ustanawiania, ten może znosić), tolerancja oznacza cierpliwe znoszenie czegoś, co mi się nie podoba, czym się brzydzę, co uważam za szkodliwe, a nawet niebezpieczne – w imię jakiejś wyższej wartości, np. spokoju społecznego. Z takiego rozumienia tego pojęcia wynika jednak, że moja cierpliwość z definicji nie jest bezgraniczna. Mogę wykazywać cierpliwość dopóty, dopóki sam nie jestem zmuszany do czynienia czegoś, co mi się nie podoba, czym się brzydzę, co uważam za szkodliwe czy niebezpieczne, albo – gdy dochodzę do wniosku, że zezwalanie na to coś zagraża istnieniu czegoś, co mi się podoba, co uważam za ważne i pożyteczne. W takiej sytuacji kontynuowanie tolerancji nie da się już uzasadnić pokojem społecznym, bo to nie żaden pokój, tylko zwyczajna kapitulacja. Zatem w samej istocie tak rozumianej tolerancji jest wpisane ryzyko wojny. Od pana red.Janusza Majcherka dowiedziałem się wszelako, że „obecnie” tamten sposób rozumienia tolerancji jest już „nieaktualny”, ponieważ oznacza ona po prostu akceptację. „Tak wylazła z archanioła stara świnia reakcyjna” – jak powiedziałby poeta. Pan red.Majcherek może trochę lekkomyślnie, ale szczerze ujawnił, że naszym treserom wcale nie chodzi o zachowanie społecznego pokoju przy poszanowaniu wzajemnych odmienności. Tolerancja w ich rękach stała się, a właściwie od początku była zwyczajną pałką do wyrabiania w naiwniakach pożądanych odruchów Pawłowa, a właściwie jednego odruchu – odruchu uległości wobec każdej, nawet najbezczelniejszej zachcianki. Akceptacja oznacza przecież uprzednią rezygnację z własnych upodobań, z własnych kryteriów oceny i wreszcie – z własnych interesów. I pomyśleć, że prawie 40-milionowy naród prawie że dał się w ten sposób zoperować kilkudziesięciu hucpiarzom! Co prawda towarzyszy im osioł obładowany złotem, ale warto zwrócić uwagę, że na grzbiet tego osła włożono nasze złoto, a ściślej – to my sami lekkomyślnie je tam włożyliśmy.

Precz z Policją Myśli!

Red.Daniel Passent, uczestnicząc w programie w TV 5 prowadzonym przez red.Tomasza Wołka m.in. w celu potępienia mego „haniebnego postępku” (Nawiasem mówiąc, TV 5 w ciągu dnia nadaje takie sobie różne programy, ale wieczorem – już czystą pornografię. Z tego zapewne powodu pan red.Wołek cieszy się opinią autorytetu moralnego, może jeszcze nie takiego, jak red.Michnik przed klęską pod Rywingradem, ale zawsze.) – wyraził opinię, że „niektóre” poglądy powinny być „niedopuszczalne”. Trzeba przyznać, że red.Passent zawsze tak myślał, z tą tylko różnicą, że zmieniały mu się poglądy „niedopuszczalne”, jako te „niektóre”. Za pierwszej komuny za „niektóre” uchodziły poglądy „antysocjalistyczne”, w chwilach napięcia nazywane nawet „kontrrewolucyjnymi” i z powodu owej „niektórości” oczywiście były „niedopuszczalne”. No, ale za komuny panował u nas totalitaryzm, któremu zresztą pan red.Passent skwapliwie się wysługiwał. Czyżby i teraz ta totalitarna zasada miała pozostać w mocy, a tylko przesunięty został punkt ciężkości, a właściwie – „niektórości”? Czy w związku z tym np. za „niedopuszczalne” miałyby zostać uznane poglądy „antysemickie”?

Jest rzeczą oczywistą, że tej totalitarnej zasady niepodobna pogodzić z wolnością, zwłaszcza – z wolnością słowa. Po pierwsze bowiem – musielibyśmy przyjąć do wiadomości konieczność ustanowienia Policji Myśli, która decydowałaby, jakie poglądy są „niektóre”, a jakie nie. Podkreślam, że i red.Passentowi, i mnie chodzi o „poglądy”, nie zaś – o czyny. Jeśli np. ktoś uważa, że nawoływanie do waśni narodowościowych nie powinno być penalizowane, to jest to pogląd, za który w państwie szanującym wolność słowa nikt nie powinien być karany. Jeśli natomiast ktoś by zaczął do takich waśni nawoływać – wtedy mamy do czynienia z czynem, który już może podlegać karze. Są to rzeczy oczywiste i znane już prawnikom w starożytnym Rzymie, którzy, swoim zwyczajem, wyrazili tę myśl w postaci sentencji cogitationes poenam nemo patitur, co się wykłada, że „za myśli się nie karze”. Po drugie – godząc się na Policję Myśli, musimy pożegnać się z autentycznością, która jest fundamentem i warunkiem rozwoju każdej kultury. Po trzecie wreszcie – godząc się na Policję Myśli, musimy pożegnać się ze swobodą badań naukowych. Zatem widać wyraźnie, że zgoda na propozycję red.Passenta oznaczałaby regres zarówno w sferze wolności osobistej, jak i w sferze kultury, a także nauki. W imię czego właściwie mielibyśmy poświęcić to wszystko? Obawiam się, że takiej wartości nie ma.

Narody istnieją

Pani Magdalena Bajer podczas rozmowy na antenie Radia Vox dała mi do zrozumienia, że prof. Normanowi Finkelsteinowi wolno używać określenia „przemysł Holokaustu”,

a mnie – już nie. Jedynym wytłumaczeniem takiego stanowiska mogła być okoliczność, że profesor jest Żydem, a ja nie. Oznaczałoby to jednak, że Żydzi mają jakieś specjalne przywileje. Ja oczywiście takiego poglądu nie podzielam, bo nie widzę żadnej podstawy dla ustanowienia takiego przywileju. To, że kiedyś Niemcy pozabijali wielu Żydów, nie jest żadnym powodem obdarzenia przywilejem wszystkich innych Żydów, zwłaszcza takich, którzy nie doznali żadnych krzywd ani od Niemców, ani od nikogo innego. Krótko mówiąc:w odróżnieniu od pani Bajer uznaję Żydów za naród normalny, taki sam jak wszystkie inne. Taka postawa sprzyja uniknięciu zarówno żydofobii, jak i żydofilii.

Tak się szczęśliwie składa, że nie jestem w tym odosobniony. Właśnie przeczytałem książkę pani dr Ewy Kurek „Poza granicą solidarności – stosunki polsko-żydowskie 1939 – 1945”, w której pisze ona m.in.: „O ile poczynając od Kościuszki i Mickiewicza, a na intelektualistach galicyjskich i wczesnym Piłsudskim kończąc, wierzyli jeszcze, że wolność jest tym, co dla Polaków i Żydów może stanowić zwornik pojednania i braterstwa, o tyle w pierwszych latach XX wieku i w wolnej Polsce lat 1918 – 1939 wyzbyli się wszelkich złudzeń. Wiedzieli już, że żydowska wolność jest czymś innym, niż wolność polska. Wiedzieli, że nie ma między nimi punktu stycznego. Dlatego coraz bardziej popularną wśród Polaków stawała się idea postrzegania Żydów jako uciążliwych lokatorów, cudzoziemców w Państwie Polskim, których Polska musi się pozbyć m.in. przez emigrację do Palestyny, usunięcie z życia publicznego i odebranie silnej pozycji ekonomicznej. Ten polski bunt wobec wiecznych cudzoziemców Żydów polskich po wsze czasy polscy Żydzi nazwali polskim antysemityzmem, który ponoć wysysamy z mlekiem matki”.

Na czym polegała różnica między tym, co autorka nazywa „żydowską wolnością” a „wolnością polską”? Oto „w roku 1920 po raz pierwszy w dziejach sformułowano wobec Polski żądania terytorialne. Wyartykułowana w Komisji Konstytucyjnej przez Izaaka Grunbauma w imieniu Związku Posłów Narodowości Żydowskiej propozycja dotyczyła przekształcenia żydowskich dzielnic mieszkaniowych w »autonomiczne prowincje«, których stosunek do Państwa Polskiego określać miały osobne ustawy”. Warto zwrócić w tym miejscu uwagę na strukturę ludności żydowskiej w ówczesnej Polsce. 85 proc. stanowili ortodoksi, od wieków praktykujący izolację od świata chrześcijańskiego i dla których „autonomiczne prowincje” były znakomitym rozwiązaniem. Wśród pozostałych 15 proc. najliczniejsi byli syjoniści – propagujący emigrację do Palestyny, „folkiści” – będący zwolennikami „autonomii”, podobnie jak socjaliści skupieni wokół Bundu. Chrześcijanie pochodzenia żydowskiego i Żydzi zasymilowani stanowili wśród społeczności żydowskiej zupełny margines.

To wyjaśnia przyczynę, dla której większość mieszkających w Polsce Żydów uznawała wojenną klęskę Państwa Polskiego w 1939 roku wprawdzie za rodzaj nieszczęścia (w obrębie okupacji sowieckiej – już niekoniecznie), ale w żadnym razie za „żydowską sprawę”. Jeśli cokolwiek w tych warunkach było „żydowską sprawą”, to szansa tworzenia „autonomicznych prowincji” na bazie żydowskich gmin wyznaniowych, niechby w warunkach narzuconego przez Niemców getta, niemniej jednak. Te pomysły w osobliwy sposób wychodziły naprzeciw niemieckim planom utworzenia na terenie Lubelszczyzny swego rodzaju rezerwatu dla Żydów („Lublinland”), pozostającego oczywiście pod całkowitym nadzorem niemieckim, ale obdarzonego autonomią. Szerzej pisze o tym dr Edward Gigilewicz w książce „Lublinland – państwo żydowskie w planach III Rzeszy”. Krótko mówiąc, większość społeczności żydowskiej traktowała Polskę jako swego rodzaju epizod w dziejach własnego narodu i bynajmniej nie zamierzała się poświęcać dla jakichś polskich aspiracji politycznych. Na terenie okupacji sowieckiej energicznie aspiracje te zwalczała. Nie oceniam, tylko opowiadam, żeby pokazać, że wbrew opowiadanym w ramach tresury bajkom narody istnieją, potrafią artykułować swoje polityczne i ekonomiczne interesy i wreszcie – realizować je, również kosztem interesów innych narodów, jeśli przypadkiem zajdzie taka kolizja. I dopiero na tym tle możemy ocenić charakter pretensji pana Konstantego Geberta, który nie może Polakom wybaczyć, że zachowali się „obojętnie” w obliczu zagłady polskich Żydów. Wprawdzie red.Gebert nie ujawnia, co właściwie w tej sytuacji rozkazałby Polakom zrobić, ale najwyraźniej uważa za zrozumiałe samo przez się, iż powinni się poświęcić. Z obfitości serca usta mówią, więc takie mocne przekonanie musi wynikać z przeświadczenia o oczywistej wyższości żydowskiego interesu narodowego nad, dajmy na to, polskim.

Kiedy odrzucimy tresurę

Ludzie odpowiednio wytresowani być może zgodzą się z tym bez zastrzeżeń, jednak takie stosowanie wypracowanych współcześnie kryteriów politycznej poprawności do sytuacji z przeszłości bywa zabiegiem ryzykownym. Oto fragment opowieści pana doktora Marka Edelmana o swoich bohaterskich czynach w warszawskim getcie: „Żeby wystarać się o broń, urządzaliśmy »eksy«, czyli ekspropriacje. Chodziło się do bogatych Żydów czy też żydowskich policjantów, terroryzowało ich i zabierało forsę. Kasę Judenratu ograbiliśmy na setki tysięcy złotych, obrabowaliśmy też przedsiębiorstwo aprowizacyjne. Lichtenbaum, przewodniczący Judenratu, odmówił nam pieniędzy. Uwięziliśmy więc jego syna. Trzymaliśmy go przez dwanaście godzin. Do Lichtenbauma napisaliśmy, że trzymamy chłopca z nogami zanurzonymi w cebrzyku z lodowatą wodą tak, że na pewno nabawi się choroby. Przyszli z pieniędzmi. Innym razem żydowski policjant, zresztą skurwysyn, nie chciał dać nam pieniędzy. Musieliśmy pokazać, że jesteśmy twardzi. Przyszliśmy do niego około czwartej, gdy termin ultimatum już upływał. »Nie chcesz dać?« – spytaliśmy i zastrzeliliśmy go. Po tym zdarzeniu wszyscy płacili. W sumie pieniędzy nam nie brakowało. To my byliśmy prawdziwą władzą w getcie. To my decydowaliśmy, jak mają żyć ludzie, którzy pozostali w getcie. Nazywali nas »partią«. Gdy partia coś kazała, było to wykonywane”.

Gdyby ktoś w ten sposób opowiadał o swojej dzisiejszej działalności, mógłby narazić się na krytykę, a może nawet zdecydowane potępienie. Tymczasem tak właśnie wygląda bohaterstwo, tyle że w okolicznościach zdecydowanie innych. Wydaje się, że jednak zawsze polega – po pierwsze – na umiejętności zdefiniowania własnego albo partyjnego interesu, uznaniu jego oczywistej wyższości i na pewnej bezwzględności w jego realizowaniu. Wymaga zatem zupełnie innych odruchów niż te, do których społeczeństwo nasze jest wdrażane poprzez tresurę. Nikt bowiem ani wtedy, ani teraz nie uznaje za bohaterów tych, którzy potulnie wykonywali to, co kazała partia. Bohaterami i wtedy, i teraz byli ci, którzy partię tworzyli. Którzy wiedzieli, skąd naprawdę wyrasta władza. Cóż więc w tej sytuacji przystoi nam czynić? Czy nie połamać bata i położyć kres tresurze? Bohaterowie pokazują drogę.

Stanisław Michalkiewicz

By akte

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *